Nie było mnie tu już bardzo dawno. Jeśliby zliczyć dni nieobecności na blogu, tym razem pobiłabym absolutny rekord. Na szczęście, w tym czasie wydarzyło się dużo dobrego. W wolnych chwilach, przynajmniej o niektórych sprawach postaram się opowiedzieć. Rzecz jasna, tylko i wyłącznie w nawiązaniu do tematyki, jaka w tym miejscu powinna dominować. Dziś jednak nie czas na to, bo przecież dosłownie za moment Wigilia.

W czasie ubierania choinki (trwało to chwilę bo drzewko w tym roku ponad czterometrowe) na krócej lub dłużej pojawiały się najróżniejsze okołoświąteczne wspomnienia. Jedno z nich uparło się, by zdominować inne. A skoro tak, postanowiłam do niego nawiązać.

Już dokładnie nie pamiętam który to był rok. W każdym razie, na pewno jeden z tych, których pamiętać już nie chcę. Był przedwigilijny wieczór. Jedyny świąteczny symbol czekał na balkonie. Niestety nie miał się nim kto zająć, ponieważ mój Mąż mocno się rozchorował. Robiło się coraz później a gorączka zamiast w końcu opadać, zaczęła niebezpiecznie rosnąć. Był to czas kiedy brakowało nam wielu rzeczy. Choć wtedy niedomagaliśmy zdrowotnie znacznie częściej niż teraz, w apteczce nie było ani grama niczego, co nadawałoby się do zastosowania w tym momencie. Ponieważ o zakupach w aptece mogłam raczej pomarzyć, jedynym ratunkiem w tej sytuacji mogli okazać się moi Rodzice. Mimo późnej pory i niepewności czy powinnam zostawić chorego bez opieki, postanowiłam do nich pojechać. Zeszłam do samochodu. Kiedy jednak przekręciłam kluczyk, okazało się, że pomoc, na jaką liczyłam również jest poza moim zasięgiem. Nie było paliwa.

Kiedy o tym piszę, przypomina mi się wystąpienie jednej z zagranicznych liderek, która opowiadała, że kiedyś wracając z targu, w wielkiej desperacji obiecała sobie, że zrobi wszystko, by nie musieć na święta dzielić jednej pomarańczy na dwóch synów. Nie wiem już co myślałam wracając po schodach bez środka na zbyt wysoką gorączkę. Pamiętam tylko ogromną bezsilność i to, że bardzo się bałam.

Podobnych momentów było znacznie więcej, ale co najważniejsze, z każdym, determinacja by to zmienić, była coraz większa. Często marzyłam, że kiedyś w naszym domu będziemy świętować Wigilię przy ogromnej choince i wesoło trzaskającym ogniu w kominku. A co najważniejsze, do stołu zasiądzie wielu cieszących się wzajemną obecnością gości.

O ile w dużej rodzinie (jeśli połączymy moją i Męża) o liczbę świętujących można być spokojnym, to jakoś mało kto z moich najbliższych chciał wierzyć w ten ogień w kominie i wielką choinkę. Samo drzewko to znów nic takiego, ale jak wiadomo trzeba mieć je …gdzie postawić.

Jeśli czytając o moich niełatwych wspomnieniach spodziewasz się informacji, że podjęcie decyzji o rozpoczęciu działania na własny rachunek (w dodatku w branży nawet dzisiaj przez większość społeczeństwa kompletnie nie rozumianej) jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieniło wszystko, muszę Cię rozczarować. Nie stał się cud. Nie pojawili się na naszej drodze (przynamniej na początku) wyjątkowi ludzie, dzięki którym wszystko stało się łatwe i proste. Potrzebne były wyrzeczenia i ciężka praca. Ale co najważniejsze, było warto.

To już piąte święta, które spędzimy przy wielkiej choince a czwarte przy rozpalonym kominku, a co najważniejsze przy długim stole z dużą rodziną (jeśli wszyscy dotrą, w pierwszy dzień świąt powinno być ze 25 osób). Zdjęcia, które dziś tu zamieszczam niech będą dowodem na to, że MARZENIA (pod warunkiem, że się je naprawdę ma i pielęgnuje) SIĘ SPEŁNIAJĄ.

Życzę Ci Wspaniałych Świąt!
A jeśli w tym roku pod jakimkolwiek względem nie będą jeszcze takie jakich rzeczywiście w głębi duszy pragniesz, wróć do wyróżnionego zdania i zrób wszystko, by już niebawem tak się stało.

PS
Ponieważ nie wszystko jeszcze gotowe, wracam do kuchni.
Tort orzechowy z przepysznym kremem czekoladowym /to moja specjalność!:)/ już się chłodzi.
Jeszcze tylko masa do makowego z bakaliami, kapusta ze śliwkami do karpia, no i kompot z suszonych owoców. Cała reszta już prawie, prawie. Mam nadzieję, że będzie miło i pysznie, ku radości wszystkich współbiesiadników. Mój wkład w przygotowania do świąt od strony kulinarnej jak zwykle niewielki, bo przecież jak w przysłowiowym ukropie od kilku dni w kuchni uwija się Natchniona :) http://www.natchniona.pl/tort-makowy


Wpisów 7 dla “Marzenia się spełniają”

  1. Staropolskim obyczajem, gdy w Wigilię gwiazda wstaje, Nowy Rok zaś cyfrę zmienia,
    wszyscy wszystkim ślą życzenia.
    Przy tej pięknej sposobności i ja życzę Ci radości,
    aby Tobie się darzyło, z roku na rok lepiej było .

  2. Witam Świątecznie !
    Dopiero dzisiaj jest chwila by przejrzeć poczty i miła niespodzianka -,,Niecodziennik,,Doroty. Teraz w ten magiczny czas do własnych przemyśleń warto dodać przemyślenia mądrzejszych od siebie i zasiać w umyśle choćby jedno mistrzowskie ziarenko.
    Wszystkiego dobrego i Radosnych Świąt Bożego Narodzenia :*

    • Helenko,

      Nie wiem czy mądrzejszych, ale na pewno swego czasu wystarczająco mocno zdeterminowanych. :)
      Zmykam do kuchni bo za pięć kwadransów zaczną się schodzić goście. Chyba będzie więcej niż szacowałam we wpisie. :)

  3. Witam serdecznie,
    czytając ten tekst widziałam siebie i swoją drogę, ale potwierdzam marzenia się spełniają. Dziś nie zawsze jest lekko ale ja wiem MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ chociaż nie zawsze od razu….

    pozdrawiam i duużo radości
    Jolanta

    • Pani Jolanto,

      Wpis powstał dość spontanicznie. Niestety, zaraz po opublikowaniu trochę pożałowałam, że w tak wyjątkowym momencie sięgnęłam do niezbyt chlubnej historii. Jednak Pani komentarz mnie uspokoił. A jeśli ktoś czytając tę wspomnieniową notkę pomyśli, że mimo wielu przeciwności warto zebrać się w sobie i zawalczyć, i nie poprzestanie na myśleniu a to zrobi, to chyba jednak nie był to najgorszy pomysł. Wszystkiego dobrego nie tylko na czas świąt.

  4. Pani Doroto,

    Dziękuję za to optymistyczne przesłanie.
    Właśnie teraz bardzo potrzebuję takich przykładów.
    Życzę Pani i pani rodzinie wspaniałych świąt.

Dodaj komentarz