Przed kilkoma kwadransami skończył się kolejny, trzeci w mojej karierze, webinar. :)
I choć jutro kolejne spotkanie, siedzę sobie i rozmyślam nad tym co też przed chwilą się wydarzyło. O czym mówiłam? Co poruszyłam? Jak odebrali to słuchacze? Jakie są ich życiowe doświadczenia?
Czego w gruncie rzeczy pragną, choć może w ogóle się do tego nie przyznają?
O tym i o wielu innych sprawach. Tak jakoś na melancholiję mnie się zebrało. :)
Może powodem tego jest wiatr, który w maju zerwał się jak nie przymierzając …w listopadzie.

O czym pod wpływem tej melancholiji (nie mam pojęcia czy taki zapis jest poprawny) mam napisać?

Odwiecznym pytaniem zadawanym nie tylko w naszej działalności jest pewnie to powtarzane ciągle i w kółko:
Od czego zależy sukces? Dlaczego jedni go odnoszą a inni nie?

Na łamach tego fantastycznego blogowego medium podejmowałam już niejednokrotnie kwestie, które dla osiągnięcia sukcesu na niwie marketingu sieciowego nie są wbrew temu, jak mogłoby się wydawać, aż tak bardzo istotne. Przyglądaliśmy się m.in. wykształceniu i ilości wiosen, które zdążyły przemknąć przez nasze życie. Dziś, w ramach tego melancholijnego nieco nastroju, rzut „okiem” na kolejny warunek – nie warunek. Czy decydujący o powodzeniu?

Ano zobaczmy!

Nie wiem czy zdarzało Ci się zakładać swój własny biznes. Może sklep spożywczy, butik, gabinet stomatologiczny, salon fryzjerski, pracownię krawiecką czy gabinet odnowy biologicznej bądź kosmetyczny, restaurację itp.
Jeśli tak, wiesz z czym to się je. My, mamy już za sobą niejedno, więc nawet mieliśmy możliwość przekonać się jak to smakuje.:) Jeżeli jesteś właścicielem całkiem małej bądź większej firmy czy nawet tylko przymierzałeś/łaś się do jej otwarcia, zdajesz sobie sprawę z wymagań, którym należy sprostać, by przedsięwzięcie miało szansę zafunkcjonować.

Co musisz mieć na początek?

Ano najlepiej coś, co miejsca dużo nie zajmie, za to przyjemnie brzęczy, a jeszcze korzystniej, gdy wydaje miły dla ludzkiego ucha, szelest. Górale nazywają to … dudkami. :) Żeby operację przeprowadzić w miarę bezboleśnie, najlepiej mieć ich przynajmniej „cały worek”. A co zrobić jeśli nie ma mowy ani o pełnym mieszku, ani o wsparciu rodziny, a tzw. zdolność kredytową trzeba dopiero wypracować?

Kiedy zaczynaliśmy swoją działalność we współpracy z CaliVita® (wtedy jeszcze California Fitness), mieliśmy za sobą kompletną plajtę. Długi dawno przekroczyły poziom naszego o nich wyobrażenia. Samochód, który i tak się sypał, trzeba było sprzedać. W każdej chwili mogliśmy zostać zmuszeni do opuszczenia mocno obciążonego mieszkania. Żeby przetrwać, trzeba było „zaprzyjaźnić się” z … komornikiem. Brakowało nam wszystkiego, prócz ambicji i gorącego pragnienia odbicia się od finansowego dna.

Pamiętam kiedy po raz pierwszy osiągnęliśmy w tabeli punktowej „10 %”. /W obecnym, zmodyfikowanym planie marketingowym poziom ten został przesunięty do konsumenckich. 9000 punktów bonusowych w miesiącu wcale nie tak rzadko robią użytkownicy produktów, którzy z jakiegoś ważnego powodu potrzebują ich w danym momencie więcej niż zwykle/.

Wówczas, wykonanie takiego obrotu w krótkim czasie sygnalizowało, że „będzie z tej mąki chleb”. Jednocześnie dawało możliwość wzięcia udziału w firmowym seminarium. Nam oczywiście nie przyszło do głowy, by z takiej możliwości nie skorzystać. Chcieliśmy uczyć się od najlepszych. Mieliśmy więc twardy, bo dość kosztowny w tamtym momencie, orzech do schrupania.

Mimo, że minęło już ładnych parę lat, oboje dokładnie to pamiętamy.
Na pierwsze spotkanie z firmą i ludźmi, którym się powiodło, trzeba było pojechać ponad 600 km pociągiem. Na wyprawę obojga nie było szans, więc padło na mnie. Organizm osłabiony trudnymi przejściami, na wieść o eskapadzie, zareagował podniesieniem temperatury do 39ºC. Podróż odbyła się za pożyczone pieniądze, w pożyczonych ubraniach i z pożyczoną walizką. W oczekiwaniu na wieczorny autobus, który miał mnie wreszcie dostarczyć do celu, musiałam spędzić cały dzień w Krakowie. Jak to zwykle w lutym, zimno było niemiłosierne. W dodatku, lał deszcz. Żeby poważniej się nie rozchorować, potwornie zziębnięta, w pierwszym z brzegu kinie, kupiłam bilet na pierwszy z brzegu film.
Ponad 10 lat temu, nie należało się spodziewać, że poranna projekcja będzie szczególnie porywająca. Film był koreański. Kompletnie nie byłam w stanie poskładać go w logiczną całość. Do tej pory, nie mam pojęcia kto i po co w ogóle go wyprodukował.

Nie zrozum mnie źle. Nie namawiam Cię do bankructwa, a następnie odbicia się w marketingu sieciowym. Chodzi mi o to, że zasoby finansowe w naszej działalności nie są warunkiem absolutnie koniecznym by wystartować. Tak jak dziś powiedziałam Moim Kochanym Słuchaczom, pieniądze na start konieczne nie są,
ale absolutnie niezbędne są inne zasoby: Trzeba mieć coś w głowie i …w sercu.

Z życzeniami by seans kinowy był dla Ciebie zawsze źródłem przyjemności,
nigdy koniecznością :)
D.D.Madejscy

PS
Jako, że znów dziś pojawiła nam się metafora morska, niech ilustracją do tej notki będzie właśnie serce zdążające gdzieś tam, dokąd chce dotrzeć. Ważne, że łódka ma postawiony żagiel.:)

Dobrej nocki


Wpisów 8 dla “Trzeba mieć coś w głowie i w …sercu!”

  1. Dorotko! Przeczytałam i jestem pod wrażeniem. Podziwiam Twoją osobowość. Wiesz, że nie lubię pisać, ale nie wytrzymałam. Tylko tacy ludzie dochodzą do wyznaczonego celu. Do tych ludzi chciałabym się też zaliczyć. Niszczy mnie niegodziwość ludzka, szybko się załamuję i wycofuję. Potem wracam bo lubię pomagać ludziom zrozumieć wiedzę o tym jak dbać o swoje zdrowie.
    Pozdrawiam Bogusia

  2. Nie wiem jak Ty to robisz, ale myślę sobie, że będę wstawać 15 minut wcześniej i czytać coś z Twojej strony-po co? Ano po to, aby ładować akumulatory pozytywnymi, mobilizujacymi do działania treściami. Myślę, że w sercu coś mam a w głowie- coraz więcej i to dzięki Tobie. Bardzo dziękuję i pozdrawiam.

    • Gdybyś napisała, że będziesz kłaść się później, zgody na to bym nie wyraziła. :)
      Jeśli skrócisz sen o 15 minut z rana, organizmowi krzywdy nie wyrządzisz, więc pozwalam. :)
      Tylko proszę: zrób z tego solidny użytek.
      Mądrzy ludzie mówią o złotej godzinie w ciągu dnia.
      Twój kwadrans niech będzie …diamentowy! :)

  3. Bardzo ciekawe jest to co prawisz Dorotko.
    Wiem z doświadczenia jak się tworzy firmę w tzw. tradycyjnym modelu biznesu, nie mam (chyba na szczęście)doświadczenia w bankrutowaniu.
    Wiem jak się zdobywa doświadczenie, ale też umiem się uczyć na cudzych doświadczeniach. A od Ciebie Dorotko można czerpać garściami.
    Tak więc dziękuję za ten artykuł, za dzisiejsze szkolenie i za wszystkie kolejne.
    Chętnie ich słucham, bo zawsze korzystam. Zawsze robię co najmniej jeden krok do przodu.

    A tak przy okazji wreszcie Ci chyba zadam to pytanie. Z Twoją historią opisaną w tym artykule spotykam się nie po raz pierwszy. Zawsze miałam ochotę zadać Ci to pytanie, ale jakoś nie było okazji.
    Dorotko powiedz mi proszę, czy warto było. Czy dowiedziałaś się na tym szkoleniu czegoś takiego, co do dzisiaj pamiętasz i rozumiesz lepiej niż oglądany wówczas film koreański?
    Wiem, że jesteś poszukiwaczką tego jednego ważnego zdania i jesteś w stanie po takie zdania jechać bardzo daleko. Czy wtedy na tym szkoleniu padło takie zdanie. Jeśli tak, bardzo jestem ciekawa co to było za zdanie.
    pozdrawiam gorąco i czekam na odpowiedź. :)

    P.S.
    Pozdrawiam tez gorąco wszystkich uczestników dzisiejszego szkolenia.

    • Faktycznie jest tak, że często jedziemy na szkolenie po jedno zdanie, które odmienia nasz styl myślenia i działania. Ja również ciekawy jestem czy takie jedno zdanie Dorota wywiozła z tego szkolenia, na którym również byłem.
      Ale należy pamiętać, że szkolenia w MLM mają inny wymiar niż wszystkie pozostałe, które znam. Tutaj zajęcia prowadzą ludzie, którzy mają wyjątkowe wyniki w biznesie, są autorytetami w tej branży. Często są to również nasi Sponsorzy. Wartość tych szkoleń jest podwójna, bo uczestnicy mają osobisty kontakt z tymi osobami, a w MLM tylko wyjątkowi ludzie dochodzą tak daleko jak „Wasza” Dorota.
      Magia tych osób, ich siła przekazu bardzo często tak działa, że faktycznie jest tak, że kilka dni po zakończeniu szkolenia niewiele się z niego pamięta, ale zostaje w nas trudne do opisania uczucie, które wzmaga chęć, by osiągać jeszcze więcej, jeszcze lepiej, nie patrząc na kolejne niepowodzenia, które wpisane są w biznes MLM. Wówczas łatwiej znosi się niepowodzenia.
      Uczestnikom webinarów, które prowadzi Dorota, chcę powiedzieć, że tak naprawdę nie jest ważne o czym rozmawiacie, ale szczęściem dla Was jest to, że mówi do Was osoba, na wykłady której jeździ się nie tylko po wiedzę, ale głównie po, to by za jej sprawą napełnić się tym dziwnym uczuciem, które najczęściej nazywa się MOTYWACJĄ. Myślę, że wiele osób w Polsce, z różnych MLM-w zazdrości Wam takiego Mentora, jakim jest Dorota.

      • Piotrze,

        Czy padło to zdanie? – napisałam poniżej. Dużo jest prawdy w tym, co piszesz o szkoleniach w tej specyficznej branży jaką jest Marketing Sieciowy.
        Dziękuję za dobre słowo. Takie wyrazy uznania od konkurencji to duża rzecz. W dodatku od …taaakiej konkurencji. :) Pozdrawiam najpiękniej

        • Konkurencja? No coś Ty. Kiedy w Szczecinie prowadziłem wyklad dla Twojej grupy, to też byłem konkurencją? A kiedy Ty bywałaś na moich szkioleniech, to też byliśmy konkurencją? Czego to się człowiek po latach dowiaduje ….. hahahaha :)
          Serdecznie pozdrawiam.

    • Dorotko,
      Jeśli tak wyjątkowa osoba jak Ty, po moim godzinnym wystąpieniu robi krok do przodu, to czegóż ja mogę chcieć więcej? :)
      Jeśli chodzi o Twoje pytanie…
      To jedno zdanie wtedy, w Osieczanach nie padło. Natomiast na pewno sporo zobaczyłam i wiele doświadczyłam. Wyjątkowo dużo z tego spotkania pamiętam. Zapewne dlatego, że to było moje pierwsze zetknięcie z firmą i współpracującymi z nią ludźmi. To był taki przyspieszony kurs biznesu i nie tylko. Tak jak już pisałam, miałam wtedy zaledwie 10%. W pierwszym, a może najpóźniej drugim miesiącu mojej działalności kupiłam wszystkie dostępne archiwalne numery pisma firmowego (wtedy to jeszcze nie był CaliNews) po to, żeby przeczytać rubrykę… Piórem Menadżera. Bardzo chciałam dowiedzieć się jacy ludzie odnoszą tu największe sukcesy, co mówią o sobie, swojej działalności, o życiu w ogóle. Pochłonęłam każde słowo. Dzięki zdjęciom, większość ówczesnych liderów i menadżerów (dla mnie pojęcia menadżer i lider nie są równoznaczne) umiałam rozpoznać. Wiedziałam kto jest kto i jaki ma poziom. Ponieważ zawsze uważałam, że warto uczyć się na doświadczeniach innych, w dodatku tych, którzy już odnieśli sukces w dziedzinie, która mnie interesuje, postanowiłam pytać.
      Pierwsza osoba, do której podeszłam, zmierzyła mnie od stóp do głów i z wyraźną dezaprobatą powiedziała: Najważniejsze jest to czy ludzie panią zaakceptują i czy zechcą z panią współpracować. Na dodatek niemal prosto w twarz otrzymałam sporą porcję dymu papierosowego. :)
      Znasz mnie trochę, więc chyba nie muszę Ci tłumaczyć co czułam. To był luty 2000 roku. Na początku listopada 2001, w bardzo podobnych okolicznościach podeszłam do tej samej osoby po raz drugi. Tyle, że od kilku dni byłam świeżo upieczonym menadżerem. (Zdaje się, że ona była na tej samej pozycji co wtedy kiedy ja stawiałam pierwsze kroki.) Z nieukrywaną satysfakcją, niestety znów w czasie przerwy na papierosa :), podeszłam do niej, wyprostowałam się i powiedziałam: Wygląda na to, że zaakceptowali.
      To jest to, co pamiętam z tego spotkania najbardziej. :)

Dodaj komentarz