Przygotowując dzisiejszy wykład, zdałam sobie sprawę, że spełnia się jeszcze jedno moje, może nie marzenie (bo to nie ta kategoria) ale coś na kształt postanowienia czy zamierzenia.

Kilka lat wstecz, kiedy przesłanek ku temu, że miejsca w swoim zawodzie już długo grzać nie będę, było wystarczająco dużo, przyszła mi do głowy pewna idea.

Że pracy swojej (w ostatnich latach przed odejściem) nie cierpiałam, tajemnicą nie jest. Że odejście ze szkoły jest dla mnie wyjściem najlepszym z możliwych, też było jasne.
W głębi duszy czułam jednak, że mimo wszystko niezupełnie chciałabym rezygnować z nauczania. Szkoła nie, nauczanie – tak. Niby oczywiste, choć niekoniecznie. :) Jakby to co niektóry powiedział: I zrozum tu kobietę! :)

Żeby wilk syty był a i owca pozostała nie tknięta, wymyśliłam, że chciałabym zajmować się ….uczeniem dorosłych. Zaczęłam przyglądać się nawet niezbyt popularnemu kierunkowi studiów czyli andragogice. Na szczęście, miłość mojego życia na tę nie całkiem pozytywną wieść zmarszczyła i nos i brwi, co bez domyślania się odczytałam jako wyraźny brak akceptacji chyba dość, tym razem, niewydarzonego pomysłu.

No ale tak to już ze mną jest, że czego bym nie wydumała, prędzej czy później staje się faktem. Nie da się ukryć, że podobnie zadziało się i w tym przypadku. Mimo, że andragogiem nie zostałam, wygląda na to, iż jednym z istotnych elementów mojego nowego, uprawianego aktualnie zawodu, stało się …uczenie dorosłych. :)

Ale nie o tym przecież miałam dziś pisać. :)

W trakcie przygotowań do dzisiejszego (właściwie już wczorajszego) webinaru, przyszło mi na myśl coś jeszcze.
Kiedy tak rozkładałam na czynniki pierwsze pewne prawa „nowej ekonomii”, dotarłam do informacji, że pod koniec lat dziewięćdziesiątych, 3 mln Amerykanów postanowiło nie posłuchać tego, że ich kraj pogrąża się w kryzysie. W odpowiedzi na niepomyślne prognozy, zamiast zadręczać się czarnymi scenariuszami, które miały ziścić się lada chwila, ci ludzie zakasali rękawy, wzięli się do pracy i zostali milionerami.

Ta informacja przywiodła z kolei na myśl pewne inne wspomnienie.

Z domu rodzinnego pamiętam jedno ze stwierdzeń mojej Mamy. Nader często dało się słyszeć, że …”biednemu zawsze wiatr w oczy wieje.” Pamiętam też to, że za każdym razem kiedy to słyszałam, czułam się okropnie. Pewnie już wtedy postanowiłam, że na mnie w kwestii kontynuacji rodzinnej tradycji akurat liczyć nie może.
Postanowiłam, podobnie jak wspomniane 3 mln Amerykanów, za nic mieć prognozy.

Wychodzi na to, że…

Jeśli masz marzenie, a niemal wszystkie czynniki tzw. zewnętrzne, wewnętrzne i diabli wiedzą jakie jeszcze, wskazują na to, iż nie ma prawa się ziścić, najlepszym i chyba jedynym wyjściem jest po prostu w te piętrzące się dookoła przeszkody …nie uwierzyć! :)


Wpisów 18 dla “Najlepszym wyjściem jest po prostu … nie uwierzyć”

  1. Strasznie mi przykro, że nie mogłam uczestniczyć w ostatnim webinarze, tym bardziej, że tak wiele ciekawych kwestii zostało poruszonych. Bardzo, bardzo jestem wdzięczna Tobie Dorotko ,za dodatkowo poświęcony czas i przygotowanie dla mnie notatek z tego spotkania. Każde zdanie czytałam kilkakrotnie i z każdego wzięłam coś dla siebie. Szczególnie przypadły mi do gustu dwie kwestie:
    * należy budować studnię zanim zaczniemy umierać z pragnienia
    * prosument zarabia pieniądze- kiedy je wydaje
    W kwestii pierwszej: w mojej ocenie istnieją ludzie, którzy korzystają ze wszystkiego, co przynosi teraźniejszość- nie martwiąc się tym, co będzie jutro i tacy, którzy planują, przewidują i sieją po to, aby kiedyś zebrać. Powtórzę za moim wykładowcą sprzed lat, że ” wszelkie skrajności są niebezpieczne”. Nie jestem zwolennikiem życia na kredyt z powiedzeniem -jakoś to będzie .Mam dzieci i chciałabym im i sobie zapewnić godziwą przyszłość. Z drugiej jednak strony życie tak szybko umyka, że nie chciałabym się obudzić pewnego pięknego poranka z myślą, że nie mam już siły i ochoty korzystać z tego, na co tak ciężko pracowałam. Zatem jeśli wszelkie skrajności są niebezpieczne to trzeba znaleźć złoty środek. Dla mnie tym wspaniałym złotym środkiem i rozwiązaniem na spełnienie jest calivita.
    Osobiście raczej należę do tej grupy osób, które planują przewidują i biorą pod uwagę, co może się wydarzyć .Chociaż czasami mam ochotę zaszaleć i sprawić sobie nagrodę za coś dobrze zrobionego -bez wyrzutów sumienia, że powinnam oszczędzać (o nagradzaniu siebie bardzo ciekawie mówił Bernard- uważam, że to bardzo ważne!)
    Druga kwestia-niesamowicie ważna: ABY ZARABIAĆ-WYDAJĄC PIENIĄDZE. Któż nie lubi wydawać pieniędzy a jeśli jeszcze może przy tym zarobić, to po prostu genialne! Coraz bardziej jestem tym wszystkim zachwycona. Muszę przyznać, że z uwagą przeczytałam powyższe komentarze i szczególnie spodobał mi się komentarz Małgosi o tym, że konferencja otworzyła jej oczy i zamknęła usta oraz to, co napisała o gospodarowaniu czasem. Też mam poczucie, że czasami czas najzwyczajniej w świecie marnotrawię a przecież jak napisałaś Dorotko dla wszystkich z nas doba trwa tyle samo. Szkopuł w tym jak ją wykorzystamy. Ostatnio moje dziecko zapytało mnie w jakim zawodzie bym ją widziała w przyszłości-odpowiedziałam bez wahania w takim , który Tobie da satysfakcję i godziwe życie. Jeśli praca w calivicie da mi satysfakcje i godziwe życie to- to jest to .

    • Dzięki temu, że tak ładnie poprosiłaś, na notatkach skorzystało kilka osób. Wysłałam je do tych, które w większości spotkań uczestniczyły a tym razem być akurat nie mogły. O zbudowanie studni rzeczywiście warto postarać się zanim pragnienie będzie na tyle duże, że na szukanie miejsca, w którym warto dokonać odwiertu, już nie wystarczy sił. Co do kwestii prosumenta – powtórzę za Dorotą: „i niech ktoś ośmieli się powiedzieć, że zmarnowaliśmy czas od upadku komuny.”
      Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Zwykliśmy mówić, że niełatwych. Tylko jak spojrzymy wstecz, to kiedy one dla nas Polaków były proste?
      W tej chwili mamy naprawdę wiele możliwości. Faktem jest, że nic się samo nie zrobi. O wszystko co sensowne, trzeba zawalczyć. Tak sobie teraz pomyślałam, że jeśli ta „walka” tak ma wyglądać, to ja mogę „walczyć”. :) Na koniec jeszcze taka drobna uwaga w zakresie nazewnictwa, terminologii czy jak by tego nie nazwał.
      My nie jesteśmy pracownikami CaliVity. Firma jest naszym biznesowym partnerem. A skoro tak, to nasze obustronne, partnerskie relacje mieszczą się raczej w kategorii współpracy. :)

  2. Jest wczesny ranek,w domu wszyscy śpią,lubię ten stan ciszy….można pomyśleć.

    Podoba mi się ten p.Pilzer.
    Ucieszyłam się bardzo,kiedy usłyszałam,że najwięcej milionerów będzie wg niego w internecie,biznesie wellness,sprzedaży bezpośredniej i mlm.
    To cieszy,bo przecież to czym się teraz zajmuje to właśnie spełnianie tych powyższych warunków.Więc kto wie,może kiedyś milionerką zostanę.:))
    Wszak długa przede mną droga,ale jakże barwna…nasycona różnymi kolorami,czasami wyboista,kręta i wydawałoby się pod górkę.Ale to też droga.

    Książki zamówiłam, czekam. Pracę domową też…nie zdawałam sobie sprawy,że mam tyle talentów.:)

    Pozdrawiam ciepło,
    Kamila Woźniak

    • Kamilko, życzę Ci by Twój pierwszy milion pochodził z tej właśnie działalności. Jak sama piszesz, talentów masz całe mnóstwo.
      Wykorzystaj je, żebyś mogła możliwie szybko cieszyć się efektami połączenia Twoich predyspozycji i zaangażowania.

  3. To bardzo dobre argumenty ta prognoza p.Pilzera!
    Na pewno będą pomocne podczas rozmów z przyszłymi partnerami biznesowymi.
    Dzięki ,że podzieliłaś się tymi cennymi informacjami.
    Pozdrawiam Jadzia

    • Pilzer, to rzeczywiście kawał gościa! :) Skoro tak jak powiedziałam podczas wykładu, w wieku 24 lat został profesorem, a dwa lata później milionerem (nie tak często te dwie kwestie idą w parze) to znaczy, że jego ekonomiczne prognozy, są warte uwagi. :)

  4. Z tymi piętrzącymi się przeszkodami jest rzeczywiście pewien kłopot. Nigdy nie wiadomo, czy ich lekceważenie lub wręcz ignorowanie to oznaka odwagi i wizjonerstwa, czy głupoty.
    Prawdą jest, że większość barier i murów budujemy sami. Te są najgorsze, bo nawet ich nie zauważamy. Jeśli jeszcze na dodatek otoczenie dokłada swoje trzy grosze potwierdzając nasze wewnętrzne obawy trudno podjąć decyzję.
    Ja urodziłam się jako dziecko kwestionujące porządek świata. W dzieciństwie miałam z tym problemy, ale z czasem Rodzicom udało się mnie „wyprostować”.
    Kiedy na świat przyszedł Grzesiek- mój pierworodny synek, byłam zszokowana tym jak często jako rodzic musiałam mu czegoś zabraniać w imię bezpieczeństwa lub tzw. dobrego wychowania.
    I wtedy postanowiłam zaryzykować.
    Uzgodniliśmy z mężem, że zawsze gdy Grzesiu o coś poprosi zanim zabronimy odpowiemy sobie na pytanie „co takiego się stanie jeśli mu pozwolę?”. I co się okazało? No właśnie. Ilość naszych zakazów naprawdę wyraźnie zmalała. Grześ, a potem także Kasia, byli szczęśliwsi, a my dumnie mogliśmy obserwować jak się rozwijają. Prawdą jest, że taki sposób wychowania wymaga większej uwagi i zaangażowania.
    Tym również byliśmy zaskoczeni, ponieważ wielu ludzi wyrażało swoją opinię, że ograniczenie ilości zakazów jest wynikiem naszego lenistwa i niewielkiego poczucia odpowiedzialności. Ja twierdzę, że jest dokładnie odwrotnie. Bardzo łatwo postawić zakaz, barierę i mieć tzw. święty spokój. Znacznie więcej zaangażowania wymaga stworzenie dziecku warunków do bezpiecznego realizowania pomysłów, a jeszcze więcej odwagi i zimnej krwi pochłania zgoda na popełnianie przez dziecko swoich własnych błędów.
    Od tamtej pory (moje dzieci są już dorosłe) bardzo często zadaję sobie takie pytania. I wtedy zazwyczaj wychodzi na to, że mury i przeszkody są wyłącznie w mojej wyobraźni albo wynikają z tzw. obiegowej opinii. Nie wiem dlaczego tak jest, ale „ogół” zazwyczaj się myli. I chociaż widać to gołym okiem (ogół jest raczej biedny, umiarkowanie szczęśliwy i notorycznie niezadowolony) to i tak większość z nas uważa, że ogół ma rację.
    Czy nie warto w takiej sytuacji chociaż raz zadać sobie pytania w stylu: co takiego się stanie jeśli zrobię tak jak chcę, jak dyktuje mój zdrowy rozsądek, a nie tak, jak chcą inni?
    MLM jest dla ludzi gotowych na postawienie takiego pytania.
    Na Twoim ostatnim szkoleniu wśród wielu ciekawych informacji przedstawiłaś nową i zupełnie dziwaczną, jakby się zdawało ideę oczekiwań klienta. To absurd, by oczekiwać, że można zarabiać na własnych zakupach.
    Wydatek, czyli zakup to tracenie pieniędzy. To zarabianie służy do ich gromadzenia.
    Jak to dobrze, że istnieją na świecie ludzie, którzy zadają pytania w stylu: a co się stanie jak odwrócimy ustalony porządek?
    Tak to prawda, że można zarabiać na zakupach. My właśnie tak robimy.
    Ten komentarz już dawno temu zrobił się przydługi, ale chciałabym jeszcze przy okazji zwrócić uwagę na jedną sprawę. Należymy do grona ludzi, którzy przeżyli niesamowitą ewolucję własnych zachowań nie zdając sobie nawet specjalnie z tego sprawy.
    Jeszcze 25 lat temu my jako konsumenci nie mieliśmy żadnych praw. Mogliśmy co najwyżej grzecznie ustawić się w kolejce i z wdzięcznością odebrać to co sprzedawca łaskawie raczył nam sprzedać.
    Potem była era starego rynku, czyli mówiąc krótko wszystkie chwyty dozwolone, byle osaczyć i dopaść klienta.
    To niewiarygodne, ale ten sposób sprzedawania jakimś tajemniczym zupełnie sposobem zmienił się w rynek korzyści i spełniania potrzeb. Sprzedawca zrozumiał, że podstawą handlu jest znajomość potrzeb klienta, czyli słynne „dowiedz się czego chce klient i daj mu to”
    Klient stał się świadomy swojej władzy i coraz bardziej wymagający.
    Jeszcze nie do końca zrozumieliśmy jak stosować język korzyści, gdy okazało się, że to za mało. Teraz najcenniejsza jest właściwa relacja.
    Zaledwie 25 lat wolności i gospodarki rynkowej pozwoliło również nam odnaleźć właściwe miejsce. Dzisiaj my jako konsumenci oprócz oczywistych korzyści, pozytywnych relacji chcemy jeszcze mieć udział w zyskach, skoro poprzez zakupy angażujemy w biznes sprzedawcy swoje własne pieniądze.
    I niech ktoś teraz ośmieli się powiedzieć, że zmarnowaliśmy ten czas, bo nic się od upadku komuny nie zmieniło.
    Od konsumenta- żebraka przeszliśmy do roli Pro- sumenta.
    Chociaż swoją drogą trzeba przyznać, że jest jeszcze całkiem spore grono sprzedawców święcie przekonanych, że sztuka sprzedawania polega na wciskaniu klientowi towaru, a to jest naprawdę ciężki kawałek chleba. :)
    P.S.
    Dorotko. Jestem naprawdę podekscytowana tym, jak ze szkolenia na szkolenie coraz bardziej się rozkręcasz. Podobało mi się już na samym początku, ale teraz widzę, że pędzisz jak rakieta. A może nabierasz wiatr w kolejny żagiel?

    • Dorotko, przede wszystkim ogromne dzięki za ten, chyba tylko w Twoim mniemaniu, „przydługi” komentarz. Poruszyłaś w nim kilka bardzo istotnych zagadnień.

      Twoje, tzn. Wasze dzieci mają wielkie szczęście, że trafili :) im się Tacy Rodzice.
      Efekty Waszych przemyślanych rodzicielskich zabiegów widać gołym okiem.

      Jeśli chodzi o kwestie dotyczące ogółu i tzw. obiegowej opinii…
      Tak jak piszesz, „ogół jest raczej biedny, umiarkowanie szczęśliwy i notorycznie niezadowolony”.
      Na jednym z ubiegłorocznych szkoleń usłyszałam: „Rozejrzyj się dookoła i zobacz co robią wszyscy.
      Jak już się napatrzysz, zrób dokładnie odwrotnie.” Moim zdaniem, godnym uwagi jest też cytat, który pojawił się w wykładzie w ubiegłą środę: „Konwencjonalny pogląd jest po to, by ochronić nas od bolesnej pracy zwanej myśleniem.” Sporo w tym sensu, prawda? Związek z tym tematem ma mój wpis z października 2010 (dokładnie 19) opatrzony tytułem
      „O konformizmie, środowisku i …szczególnym pocałunku”. Duży to temat, a materiału pochodzącego jedynie z obserwacji, starczyłoby na sporych rozmiarów książkę.

      Dzięki Ci za to co piszesz na temat ewoluowania naszych konsumenckich oczekiwań.
      Podczas któregoś z poprzednich spotkań miałam wspomnieć (ale mi umknęło) o tym,
      że lat temu ileś, nie było potrzeby operowania językiem korzyści. Po co komu takie umiejętności skoro klient czekający w kolejce po lodówkę, nie protestował kiedy ta, okazywała się być pralką albo nie przymierzając …maglem.
      Namiastkę podobnych zachowań sprzedawców znów na krótko mogliśmy obserwować w 2008 r.
      w czasie sztucznie wywołanego boomu budowlanego. Na szczęście i to już mamy za sobą.
      To, co i w jaki sposób napisałaś o zmianach jakie zaszły w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu latach,
      bardzo mnie zainspirowało. Chciałabym wykorzystać to w moim wystąpieniu (obronie) kończącym studia.
      Pozwolisz? :)

      PS
      Dziękuję za uznanie dla moich starań.
      Nie wiem czy to wiatr czy co innego.
      Wiem natomiast, że poziom mojego audytorium po drugiej stronie monitora, zobowiązuje. :)

      • Dzięki za uznanie :)
        Cieszę się, że mogłam Cię zainspirować i jestem dumna z tego, że moje przemyślenia pomogą Ci wprawić Szanowne uczelniane Audytorium w zachwyt (to przecież oczywiste, że taki jest cel tego wystąpienia:))

        Z tym wiatrem to ja też nie jestem pewna:)
        Ja siedząc tu w Krakowie pomyślałam coś o zdobywaniu szczytów, ale Ty tam nad morzem pewnie wolisz żeglarskie porównania :)

        • Dzięki za przyzwolenie. Na pewno to wykorzystam. W komisji egzaminacyjnej, prócz przedstawicieli uczelnianych władz, zasiadą cztery osoby (współtwórcy kierunku), które mieliśmy wielkie szczęście i niemałą przyjemność obserwować podczas zajęć. Każda z nich jest po prostu genialna! No i jeszcze niemniej a może nawet bardziej wymagające niż komisja, audytorium.
          No i co tu ukrywać: jak się ma tyle lat co ja, żadną satysfakcją jest po prostu zdać. Na tym etapie chce się znacznie więcej. A skoro więcej, to i wysilić się trzeba. Mam nadzieję, że podczas spotkania, które mamy zaplanowane na 8 czerwca, będę mogła podzielić się z Wami tylko pozytywnymi wrażeniami. Oby! :)

          • Masz tylu sympatyków, którzy z pewnością, przejęciem i przyjemnością będą trzymać kciuki za ten sukces.
            Jak dodasz ten potencjał i całą jego energię do własnych talentów i wiedzy efekt musi być niebywały.
            Pamiętaj o tym jak będziesz miała choćby cień wątpliwości w powodzenie.

          • Bóg Ci zapłać Dobry Człowieku za te słowa! :)

  5. Witam.

    Moje odczucia po ostatnim szkoleniu Pani Doroty są następujące.

    Szkolenie miało trwać godzinę,
    trwało prawie dwie godziny,
    a miałem wrażenie że tylko 15 minut,
    tak szybko „zleciało”.

    Było wspaniałe po prostu super i został niedosyt że jeszcze tyle ciekawych rzeczy możemy poznać ale brakło nam czasu.
    Moje przemyślenia co do szkoleń to może udało by się wygospodarować kilka minut na pytania od grupy do Lidera. Na gorąco zawsze może zrodzić się ciekawa wymiana pomysłów.
    Co o tym sądzicie ?

    A teraz coś żeby „rozkręcić „ dyskusje.
    Mam pytanie jak myślicie ?
    Poruszany był temat „Złotych, srebrnych i pustych statków”.
    { dla niewtajemniczonych temat poruszany w książce Don Failla }
    Jeżeli zapraszamy znajomego do biznesu ,opisujemy mu wizje kariery i zarobku w Calivita ale naszemu Partnerowi biznesowemu „ nie wychodzi” budowanie struktury to czy on jest tym „Pustym statkiem” którego mamy zostawić ażeby nie tracić na niego czasu czy dotąd mamy mu pomagać aż osiągnie sukces oczywiście jak on tego chce ?

    Ale najważniejsze w tym wszystkim to czy my posiadamy odpowiednią wiedze ażeby mu pomóc bo może my po prostu za mało umiemy.

    Dla tego dla mnie najważniejsze jest ciągłe podnoszenie swoich kwalifikacji pod skrzydłami doświadczonego Lidera za co bardzo dziękuję Pani Doroto.

    Pozdrawiam Robert Żmuda.

    • Panie Robercie,

      Miło, że niemal dwie godziny wydało się Panu kwadransem. Miałam związany z tym spory dyskomfort ale skoro tak? :)
      Obiecuję jednak, że będę starać się mieścić w deklarowanym przedziale czasowym.
      Kwestię pytań poruszę na kolejnym spotkaniu.
      Co do dylematu: którym „statkom” poświęcać swój czas i energię – przygotuję oddzielny wpis ponieważ temat to dość duży i obawiam się, że jeśli chciałoby się to zawrzeć w jednym komentarzu, wordpress mógłby odmówić posłuszeństwa. :)

      • Pani Doroto.
        Mam wrażenie że informacja napisana prze zemnie o czasie szkolenia została inaczej zrozumiana . Chodziło mi o to że wszystko co dobre tak szybko się kończy.
        Dla zainteresowanych spotkaniami czyli dla mnie nie istnieją ograniczenia czasowe.Tak że proszę na nastepnych szkoleniach schować zegarek bo spotkanie z Panią to jak spotkanie z dobrą ksiązką ,zaczynamy czytać wieczorem mówiąc sobie „tylko pare kartek” a kończymy nad ranem z myślą „szkoda ze już koniec”.
        Tak było ciekawie.

        Pozdrawiam Robert.

        • Panie Robercie, myślę, a nawet jestem przekonana, że zrozumiałam Pana doskonale. Po prostu uważam, że zwłaszcza w biznesie, porządek musi być. :)
          To dla mnie wielki komplement, że 105 minut moich wywodów odbierane jest jak nieco więcej niż kwadrans. Bardzo dziękuję za wyrazy uznania. Traktuję je jako zobowiązanie. Serdeczności łączę

  6. Dorotko,

    Po ostatnim webinarze najbardziej zapamiętałam i zaczęłam analizować pytanie o to czy chciałabym mieć w swoim zespole ludzi, którzy pracują tak jak ja?
    Sama nie jestem zadowolona ze swojej pracy dlatego zmieniać zacznę najpierw siebie i swoje nawyki.

    Co jeszcze?
    Kwestia czasu i jak go wykorzystujemy. Sama przyłapuję się na wymówkach typu: „ona ma więcej czasu”, „ta to mniej na głowie”, „ta to się ze wszystkim wyrabia, wszędzie zdąży”. Nie! Czasu mamy tyle samo, kwestia tego jakiego dokonuję wyboru.

    Ta konferencja otworzyła mi oczy i zamknęła usta. :)

    Pozdrawiam Małgosia

    • Gosiu,

      Myślę, że to pytanie, na które zwróciłaś uwagę, jest bardzo, bardzo ważne.
      Często nam się wydaje, że to ludzie dookoła jacyś nie tacy.
      Zamiast tracić energię na poprawianie świata, zawsze i wszędzie warto zaczynać od siebie.
      Świata nie zmienimy, siebie-możemy.
      Staraj się możliwie często zadawać sobie pytanie: Czy chciałabym mieć w swoim zespole ludzi, którzy pracują tak jak ja?Pomyśl, co by było gdyby w najmniej oczekiwanym momencie pojawiła się „złota rybka” i powiedziała: Masz jedyną w swoim rodzaju szansę, tylko teraz, nigdy więcej się ona nie powtórzy. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Powiedz mi tylko ile chcesz mieć do współpracy osób, które pracują z takim samym zaangażowaniem jak Ty, z takimi samymi efektami jak Ty, które uczą się tak samo intensywnie jak Ty, korzystają z preparatów tak samo jak Ty, itd. itd.

      A przy okazji… Podoba mi się to, że dość, że potrafisz spojrzeć na siebie krytycznie, to jeszcze masz odwagę się do tego przyznać, nie tylko przed sobą. :)
      Gosiu, jestem pewna, że jeśli wytrwasz, będzie z tej mąki chleb. Obserwuję Cię od początku naszej znajomości. Pamiętam pierwsze maile. Zrobiłaś w tym czasie naprawdę wiele. Tak trzymaj!

      Pamiętasz jakie było zadanie domowe?
      Popracuj nad nim. Myślę, że jak zrobisz je solidnie, złapiesz jeszcze większego wiatru w żagle.

Dodaj komentarz do